Dołącz do czytelników
Brak wyników

Twarzą w twarz

23 lutego 2018

NR 81 (Kwiecień 2017)

Edukacja na rzepy
Wywiad z Joanną Białobrzeską, autorką podręczników dla dzieci w wieku 3–10 lat

Jest Pani autorką wielu podręczników dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym.  Co, Pani zdaniem, jest najważniejsze przy ich tworzeniu? Co powinni brać pod uwagę ich autorzy?

Przede wszystkim autor musi sobie uświadomić, do kogo ta książka ma być adresowana. Podręczniki nie powstają dla nauczycieli, ale dla dzieci, które będą z nich korzystać. Może się to wydawać oczywiste, ale z moich obserwacji rynku podręczników w Polsce niestety wynika, że tak nie jest. W związku z tym należy się zastanowić, jakie jest współczesne dziecko, jakie są jego potrzeby, możliwości intelektualne, percepcja i zainteresowania.
Kiedy sama siadam do pisania podręcznika dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, to nie zakładam przecież, że będzie to nudna książka, którą trzeba przerobić, bo taki jest obowiązek. Wręcz przeciwnie – zależy mi na tym, by zachęcała do nauki i była interesująca. Staram się tak dobierać tematykę podręcznika, aby dziecko sięgało po niego z zaciekawieniem.

Dzisiejsi uczniowie to „dzieci obrazka”. Może nam się to nie podobać, ale nie da się zaprzeczyć, że maluchy stykają się obecnie z telewizją, obrazkami czy reklamami graficznymi zdecydowanie wcześniej niż ze słowem pisanym. Dlatego uważam, że dużą wagę należy przykładać do graficznej strony podręczników. Byłam jedną z pierwszych autorek podręczników w Polsce, która zamiast ilustracji, często bardzo uproszczonych w stosunku do rzeczywistości, zdecydowała się zamieścić w nich zdjęcia. Jestem przekonana, że taka forma ilustrowania tekstu przemawia do dzieci bardziej niż rysunki.

Podręcznik musi dzieci zaskakiwać, ale nie może być chaotyczny. Tymczasem jest to wada bardzo wielu podręczników funkcjonujących na polskim rynku edukacyjnym. Na jednej stronie często mamy tekst, kolorowe ramki z wyróżnionymi fragmentami, małe zdjęcie, podkreślenia. Podręcznik musi być przejrzysty – jeśli tak nie będzie, nie spełni swojej funkcji.

Bardzo ważny jest też szacunek do intelektu małego człowieka. Dziecko w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym bardzo intensywnie się rozwija, doskonale zapamiętuje 
informacje – to jest fundament całej jego przyszłości. Tymczasem z przykrością obserwuję postępującą infantylizację nauczania w przedszkolu i najmłodszych klasach podstawówki. Zadania są zbyt proste i oczywiste, tak że dziecko nie czerpie z ich wykonywania żadnej satysfakcji, nie jest nimi zainteresowane, a co za tym idzie – często nabiera niechęci do przedszkola czy szkoły. Na swój użytek nazwałam to zjawisko „edukacją na rzepy” – dziecko, które ciągle dostaje od rodziców buty zapinane na rzepy, bo tak jest w przekonaniu rodziców szybciej i łatwiej, nie nauczy się sznurować butów, tak samo uczeń korzystający z niektórych dzisiejszych podręczników nie rozwinie swojej wiedzy i umiejętności 
bardziej niż przeciętnie. Takie podejście widać np. w sposobie formułowania poleceń. Dziecko w drugiej lub trzeciej klasie podstawówki w większości przypadków doskonale poradzi sobie z konstruowaniem własnego tekstu, ale nie będzie miało zbyt wielu okazji do ćwiczenia tej umiejętności – bo większość poleceń brzmi „podkreśl”, „połącz”, „zakreśl”, „odpowiedz jednym zdaniem na pytanie”.

Dziecko, które ciągle dostaje od rodziców buty zapinane na rzepy, bo tak jest w przekonaniu rodziców szybciej i łatwiej, nie nauczy się sznurować butów, tak samo uczeń korzystający z niektórych dzisiejszych podręczników nie rozwinie swojej wiedzy i umiejętności bardziej niż przeciętnie.

To samo dotyczy matematyki. Nawet dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej orientują się w świecie liczb, znają ceny wielu produktów, bo chodzą z rodzicami na zakupy –  mogłoby się wydawać, że jest to świetne pole do konstruowania dla nich zadań. Niestety, w książkach znajdą jedynie proste działania, które w żaden sposób nie pokazują, jak bardzo użyteczna jest matematyka w codziennym życiu.

Wielu autorów podręczników oraz nauczycieli zapomina, że dziś nawet małe dzieci korzystają z laptopów, mają dostęp do Internetu, a przez to są zainteresowane zupełnie innymi treściami niż ich rówieśnicy sprzed lat.

 

Na swoim blogu otwarcie krytykowała Pani bezpłatny podręcznik przygotowany przez MEN. Jakie błędy, według Pani, zostały popełnione przy jego tworzeniu? Co należałoby poprawić? 

Tych błędów było bardzo dużo, ale to, co dla mnie jako autora podręczników jest w tej sprawie najbardziej niezrozumiałe, to fakt, że ten elementarz był pisany właściwie przez całą Polskę. Każdy patrzył autorce na ręce, poprawiał ją, wygłaszał swoje zdanie na temat poszczególnych fragmentów. Tymczasem, tak jak autor podręcznika nie jest lekarzem czy mechanikiem i nie może wypisać recepty czy przeprowadzić trudnej naprawy samochodu, tak tenże lekarz czy mechanik nie może pisać podręcznika dla pierwszoklasistów! Moim zdaniem takie podejście naraża autora podręcznika na oskarżenia o brak kompetencji i powoduje powstawanie błędów, od których ten ministerialny elementarz nie jest niestety wolny. Od sprawdzania podręcznika są recenzenci, specjalnie wyznaczone osoby. Reszta obywateli nie powinna mieć wpływu na proces jego powstawania.
Sama byłam członkiem grupy ekspertów, która sprawdzała poziom merytoryczny i graficzny podręcznika ministerialnego na początkowym etapie jego powstawania. Błędów było mnóstwo, i to czasami bardzo podstawowych. Na szczęście zostały one poprawione. Jednak elementarz w swojej ostatecznej postaci reprezentuje wszystkie te wady, o których mówiłam wcześniej, czyli przede wszystkim infantylizację nauczania i brak szacunku do ucznia oraz jego nauczycieli. 
Układ treści jest bardzo chaotyczny, a tematy – poszatkowane. Brakuje rozdziałów tematycznych, gdzie w ramach jednego zagadnienia, jak np. rodzina, umieszczono by kilka lub kilkanaście tekstów związanych z różnymi aspektami bycia członkiem rodziny.

Nie rozumiem także, dlaczego w elementarzu zdecydowano się zaplanować nauczenie dziecka 16 liter (i to zarówno drukowanych, jak i pisanych, a także łączenia liter) w trzy miesiące. Przy założeniu, że do szkół mają trafiać dzieci sześcioletnie. To jest ogromne tempo, które praktycznie wymusza naukę litery za literą, mechanicznie i bez zwracania uwagi na temat zajęć. A przecież to temat zajęć powinien być najważniejszy.

 

Co sądzi Pani o podstawie programowej wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego? Czy zawarte w nich treści są wystarczające, czy też powinny ulec przemodelowaniu?

Przede wszystkim są one bardzo niespójne. Najważniejsze są zawsze fundamenty, czyli w przypadku edukacji w Polsce – 
przedszkole. Niestety, twórcy podstawy programowej zdają się wychodzić z założenia, że należy oddzielić dydaktykę od życia dzieci. Wejście dziecka w system nauczania przedszkolnego to jedne wielkie zajęcia dydaktyczne. Ustawianie butów razem w szatni, układanie sztućców na stole, rozróżnianie lewej i prawej ręki – dziecko uczy się nieustannie, w każdej minucie swojego pobytu w przedszkolu. Wygląda na to, że zdaniem twórców podstawy programowej zajęcia dydaktyczne powinny polegać na siedzeniu przy stolikach, a przy tym być nudne i żmudne. A przecież dzieci najlepiej uczą się przez działanie i do tego działania same się garną! Później takie dziecko przechodzi z przedszkola do szkoły i od razu zaczyna się rygor: nauka liter, jednej za drugą. Nie ma czasu na wprowadzenie, zabawę, rozmowy. Dla dziecka to jest szok. Liter powinno się uczyć przez cały pierwszy rok szkoły.

Podobnie jest z matematyką, z ...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy